O autorze
Zbigniew Grycan- o sobie. Jestem cukiernikiem, a właściwie lodziarzem, pochodzę z rodziny o długich tradycjach. Lody robił mój dziadek, ojciec, teraz od 50 już lat, robię to ja. Wspólnie z żoną Elżbietą przez 21 lat rozwijałem Zieloną Budkę a od 7 lat wspólnie prowadzimy firmę „Grycan lody od pokoleń”. Cenię rzetelność, uczciwe kupiectwo i pasję tworzenia. Elżbieta Grycan – o sobie. Pochodzę z rodziny cukierników. Od 32 lat razem z Mężem prowadzę naszą rodzinną firmę. Zachęcona przez córki - bliźniaczki, postanowiłam pisać o tym, co jest dla nas ważne i jak - z większym lub mniejszym powodzeniem - udaje nam się to godzić z prowadzeniem rodzinnej firmy. Czyli o kobiecej i męskiej stronie naszego rodzinnego biznesu. Będzie więc o lodach i innych słodkościach, ale nie tylko

Sól, trociny i konne zaprzęgi - czyli o tym, jak to kiedyś kręciło się lody

Kończy się zima, a wraz z nią śniegi i lody. Warto więc wspomnieć o zupełnie już zapomnianej funkcji, jaką kiedyś spełniał lód w kręceniu lodów. W dobie współczesnej techniki do wytwarzania niskich temperatur służą urządzenia zwane agregatami chłodniczymi. Ale kiedyś….

Za czasów mojego dzieciństwa do chłodzenia i mrożenia lodów używany był najprawdziwszy lód, pozyskiwany zimą z rzek i ze stawów. Tafle takiego lodu wydobywało się z zamarzniętych zbiorników wodnych, ręcznie wciągało na sanie lub wozy zaprzęgnięte w parę koni i zwoziło do magazynów ulokowanych w okolicznych szopach lub piwnicach. Z dzieciństwa we Wrocławiu zapamiętałem, że taki magazyn ojciec urządził w wypalonej poniemieckiej szkole. We Wrocławiu, oprócz naszej, były jeszcze inne lodziarnie. Wszystkie zaopatrywały się w lód właśnie u nas. Ojciec miał kilka platform na gumowych kołach, kilka par koni i bryczkę. Stajnie znajdowały się w samym centrum Wrocławia, tuż przy zabudowaniach Politechniki. Całą zimę wozacy zwozili lód, latem zaś ojciec najmował ich do prac przy odgruzowywaniu Wrocławia.
Teraz trudno w to uwierzyć, ale te tafle lodu, przesypane grubo trocinami lub słomą, aż do końca lata nie topniały. No, może trochę, ale wystarczało tego lodu na cały sezon. A lody produkowało się wtedy od maja do września.
Rąbało się więc ten lód, zwoziło do naszej lodziarni , tam kruszyło na drobne kawałki i posypywało grubą, tak zwaną „bydlęcą” solą. I tą mieszaniną lodu i soli okładało się z zewnątrz kociołek do kręcenia lodów. Do tak przygotowanego naczynia można już było wlać ugotowaną i ostudzoną masę lodową. Po jakiejś pół godzinie kręcenia umieszczonym w środku kociołka  świdrem, masa zaczynała gęstnieć i zamarzać. Początkowo zamarzała tylko na brzegach i  wewnętrznych ściankach naczynia, skąd specjalnym zbierakiem zeskrobywało się ją i przemieszczało do środka, gdzie mieszała się z płynną jeszcze pozostałością. A po dłuższej chwili następował moment, kiedy obie masy - ta płynna i ta zmrożona - nagle łączyły się w jedną. I wtedy już w całym kociołku powstawały najprawdziwsze lody. Zimne, słodkie, gładkie i puszyste. Dokładnie takie, jakie powinny być.
Dziś aż trudno uwierzyć w to, jakim były one kiedyś rarytasem, dostępnym tylko w ciągu kilku najcieplejszych miesięcy w roku. I jak wiele pracy i wysiłku trzeba było włożyć kiedyś w wyprodukowanie tego zimnego przysmaku... Teraz większość energii, jaką wkładamy w produkcję, można przeliczyć na kilowaty. Wszystkie urządzenia zasilane są energią elektryczną.
Może więc w dobie galopująco rosnących cen energii pora powrócić do starych, ijeszcze nie do końca zapomnianych metod, i lodu z rzek?
Trwa ładowanie komentarzy...