O autorze
Zbigniew Grycan- o sobie. Jestem cukiernikiem, a właściwie lodziarzem, pochodzę z rodziny o długich tradycjach. Lody robił mój dziadek, ojciec, teraz od 50 już lat, robię to ja. Wspólnie z żoną Elżbietą przez 21 lat rozwijałem Zieloną Budkę a od 7 lat wspólnie prowadzimy firmę „Grycan lody od pokoleń”. Cenię rzetelność, uczciwe kupiectwo i pasję tworzenia. Elżbieta Grycan – o sobie. Pochodzę z rodziny cukierników. Od 32 lat razem z Mężem prowadzę naszą rodzinną firmę. Zachęcona przez córki - bliźniaczki, postanowiłam pisać o tym, co jest dla nas ważne i jak - z większym lub mniejszym powodzeniem - udaje nam się to godzić z prowadzeniem rodzinnej firmy. Czyli o kobiecej i męskiej stronie naszego rodzinnego biznesu. Będzie więc o lodach i innych słodkościach, ale nie tylko

Siła wspomnień

Wczoraj mój tata obchodziłby 93 urodziny…
Kiedy o Nim myślę, przypomina mi się mój pierwszy w życiu deser lodowy. Do dziś dokładnie pamiętam jego wygląd i smak i to, jak mnie wtedy zachwycił. Bo deser był i piękny, i niezwykle wprost, smakowity.
Były to lata pięćdziesiąte. Mój ojciec, szef pracowni cukierniczej warszawskiego Bristolu, miał już wtedy trójkę dzieci. Aby dorobić do pensji, na całe lato podejmował dodatkową pracę w należącym do tej samej sieci hoteli, co Bristol, sopockim Grandzie. Dostawał w nim niewielki służbowy pokoik, do którego ściągał na wakacje całą naszą rodzinę. Było to dla nas, dzieci, wspaniałe rozwiązanie. Plaża przynależąca do Grand Hotelu stawała się na ten czas miejscem najpiękniejszych zabaw i kąpieli, budowania wspaniałych zamków z tunelami, a hotel - naszym domem.
Widzę mojego tatę, w białej czapce i w fartuchu, niosącego nam na taras piękne puchary z wywiniętą szklaną kryzą. W środku są desery lodowe, które przygotował specjalnie dla nas, a w nich lody waniliowe, bita śmietanka i kawałki ananasów z puszki- ówczesny rarytas. A wszystko pięknie ozdobione okrągłymi, kruchymi ciasteczkami o wdzięcznej nazwie „kocie”, podłużnymi bielutkimi bezami oraz czymś, co wzbudzało mój największy zachwyt – smukłym kluczem wiolinowym, sporządzonym z ciasta parzonego, takiego z którego robi się ptysie. Ten deser jest tak piękny, że szkoda go zjeść. Powolutku wyciągam z pucharka ciasteczka i bezy. Najpierw każde oblizuję i już wtedy dociera do mnie ten najdoskonalszy na świecie smak – lodów waniliowych. Rodzice ostrzegają, żebym jadła je wolno i mieszała ze śmietanką, ale ja wolę osobno. I choć jeszcze o tym nie wiem, ten smak, który tak bardzo chcę zapamiętać, będzie mi towarzyszył całe życie.
Dlaczego to wspomnienie jest dla mnie tak ważne?
Po sprzedaniu udziałów w prowadzonej przez nas przez 21 lat Zielonej Budce byliśmy oboje z mężem przekonani, że nie wrócimy już do produkcji lodów. Ja prowadziłam nadal naszą lodziarnię na Puławskiej, na szyldzie widniało logo już nie naszej firmy. Bo Zielona Budka, od której wówczas kupowałam lody, była już własnością międzynarodowej korporacji.
Na święta majowe w 2003 roku wybrałam się z naszymi, 18-letnimi wówczas córkami, do Budapesztu. Było gorąco, siadłyśmy więc w pięknej kawiarni i…. zamówiłyśmy lody. Kiedy wzięłam do ust pierwszą łyżeczkę, poczułam ten sam zachwyt jak przed kilkudziesięcioma laty. To było jak prawdziwe déjà vu. Nagle wszystko stanęło mi przed oczami. Natychmiast zadzwoniłam do męża do Warszawy i niemal krzycząc do słuchawki, powtarzałam: „ja chcę mieć takie lody na Puławskiej, takie jak kiedyś w Sopocie, jak w Bristolu i w początkach Zielonej Budki, kiedy była jeszcze niewielką lokalną lodziarnią w Warszawie, którą jako młode małżeństwo, tuż po ślubie w 1980 roku, zaczęliśmy wspólnie prowadzić.”
Mój mąż wysłuchał mnie spokojnie i po krótkim namyśle odpowiedział – dobrze, obiecuję ci, że będziesz miała takie lody.
I tak w 2003 roku w Budapeszcie podczas rozmowy telefonicznej narodził się pomysł stworzenia naszych własnych, autorskich lodów. Nazwaliśmy je naszym nazwiskiem - Grycan.
Trwa ładowanie komentarzy...